niedziela, 29 listopada 2015

Recenzja: Słowa Światłości - Brandon Sanderson

Przed napisaniem recenzji Słów Światłości Sandersona spojrzałem na lubimy czytać, żeby sprawdzić jaką ocenę dałem pierwszej części sagi Archiwum Burzowego Światła. I wiecie co mi wyszło? To jedna z dwóch książek, które w całej mojej wirtualnej biblioteczce mają 10/10. Dla ułatwienia dodam, że drugą jest Przedrzeźniacz Tevisa, o którym pisałem jakiś czas temu. I teraz mam dylemat co zrobić, bo Słowa Światłości są jeszcze lepsze niż pierwsza część cyklu.

Jak zwykle, w przypadku sagi z tendencjami do bycia elementem budowlanym(tzw. "cegłą"), akcja się chwilę rozkręca. Jeśli liczysz na szybkie 50 stron wstępu i pozostałe 900 wartkiej akcji, to niestety źle trafiłeś. Należy jednak oddać sprawiedliwość, że "się dzieje".

Istotna zmiana, w stosunku do pierwszej części, to główny bohater, czy też raczej centralna postać wokół której budowana jest akcja. W pierwszej części był to Kaladin - wojownik, uznany za zdrajcę, który przechodzi trudną drogę do Chwały. W Słowach Światłości centralną postacią jest Shallan - oszustka, która stała się uczoną, i której celem jest spłacenie długów rodziny. Poruszane są też wątki związane postaciami pobocznymi: z zabójcą, który płacze, gdy zbija - Szethem, (nadal jest ich za mało jak dla mnie); królem Taravangianem, który w pierwszej części zasłynął kolekcjonowaniem słów zmarłych; oraz, co ciekawe, Eshonai przedstawicielką ludu Parshendi, który jest głównym wrogiem w wojnie napędzającej całą akcję.

Nie chcę zdradzać, za dużo z fabuły więc tylko hasłowo powiem tak: źli zostali ukarani, a dobrzy przestali się ukrywać. No i znaleźli w końcu to czego szukali. A w ogóle ostatnie 200 stron to czytałem prawie na stojąco nie mogąc się doczekać rozwiązania akcji. Ups! chyba i tak już za dużo powiedziałem.

To co najbardziej mi się podoba, to to, że jestem usatysfakcjonowany wyjaśnieniami przedstawionymi w książce. Jasne, nie wiem jeszcze wszystkiego, bo ciągle pojawiają się nowe zagadki, niemniej stosunek odpowiedzi do pytań był zadowalający. Powiem wręcz, że dzięki brakowi wyraźnego "cliffhangera" książka mogłaby się zakończyć na drugiej części i nadal bym się nią skrajnie jarał.

Na szczęście Autor pisze dalej, co stwarza pewną trudność dla mnie jako czytelnika.. były pewne motywy z pierwszej części, których podczas lektury nie pamiętałem. Warto chyba rozważyć robienie notatek, kto, z kim i co robił, bo za dwa-trzy tomy to już nic nie będę pamiętał. Swoją drogą fascynuje mnie jak się takie sagi pisze? Jak osiągnąć to, że na tysiącu stron wiesz jakie wątki poruszyć, a jakich nie. I skąd Autor wie, kim są jego postaci?

Gdybym miał wystawić ocenę szkolną to oczywiście jest to 6, summa cum laude. Jako że ocen wyrażonych liczbą nie uznaję, niech będzie... 11/10. Czytać!

wtorek, 10 listopada 2015

Recenzja: Przedrzeźniacz - Walter Tevis

W tym roku przeczytałem wiele dobrych książek. Naprawdę. Pod względem czytelniczym to chyba najbardziej produktywny rok jaki miałem w życiu i to nie tylko pod względem liczby stron ale też jakości czytanej literatury: dwie cegły od Sandersona, Wegner, znów Sanderson, Tolkien, Sapkowski, Piekara. Dużo tego było w porównaniu z ubiegłymi latami. Wiele z tych książek była naprawdę bardzo dobra, ale żadnej chyba bym nie polecił osobie, która nie czyta szerokorozumianej fantastyki. Wyjątkiem jest Przedrzeźniacz Waltera Tevisa, książka, która bezapelacyjnie powinna wejść do kanonu lektur obowiązkowych w polskiej szkole. Tu nie chodzi o to, że ta książka jest dobra, bo oczywiście jest, nawet bardzo, ale to generalnie niewiele mówi. Archiwum Burzowego Światła Sandersona też jest dobre... tylko, że po ich przeczytaniu nie oddawałem się zadumie nad sensem życia i przyszłością ludzkości. 

Prawdopodobnie podejrzewasz już, że po raz trzeci w tym roku napiszę, że przeczytałem najlepszą ksiażkę ever. Nie uwierzysz mi, ale tak właśnie jest.

Przedrzeźniacza  kupiłem w ciemno z bardzo prozaicznych powodów. Po pierwsze został wydany w serii artefakty wydawnictwa Mag - mam już kilka książek z tej serii i głupio na półce wyglądała by niekompletna kolekcja. Po drugie, i wiem że nie powinienem tego robić, ale skusiłem się patrząc na megafajną okładkę. Po trzecie lektura wydawała się dość krótka raptem 250 stron, czyli taka książka "na dwa razy". Tylko, że nikt mi nie powiedział, że na tych 250 stronach będzie tak wiele treści.

Akcja Przedrzeźniacza ma miejsce dystopijnej przyszłości, gdzie ludzka populacja w skutek kontroli urodzeń zmalała do 29 milionów osób. Ludzie, niczym odurzeni narkotykami zombie, przemykają po ulicach starając się pod żadnym pozorem nie pogwałcić Prawa Prywatności i nie wejść w jakąkolwiek interakcję z innymi. Nie muszą martwić się pracą - do tego zostały stworzone roboty; w zasadzie większość ludzi zajmuje się rozrywką w postaci ogłupiającej telewizji, pornografii i narkotyków. Światem rządzą roboty, ale nie dlatego, że go opanowały w wyniku jakiejś rewolucji, a dlatego, że ogłupieni ludzie zapomnieli, że to roboty mają im służyć, a nie na odwrót.

Czy do tego właśnie dążymy? Czy tak właśnie będzie wyglądała przyszłość? "O nic nie pytaj. Odpręż się" - taka jest przewodnia myśl wpajana ludziom tego świata.

Fabuła opowiada historię mężczyzny - Paula, który żyjąc w świecie analfabetów zupełnym przypadkiem nauczył się czytać. Ot któregoś dnia znalazł książeczki dla dzieci i przeglądając ja po prostu się nauczył. Dzięki tej umiejętności dostaje pracę na Uniwersytecie, gdzie pracując pod dziekanem Spofforthem - robotem, który ma tendencje samobójcze, ale wbudowane oprogramowanie nie pozwala się zabić - ma czytać nieme filmy. Nie spodziewał się, że jego życie zmieni się diametralnie pod wpływem sztuki; odkrył całą masę nie znanych sobie emocji: miłość, złość, wrażliwość. Po odstawieniu narkotyków i leków zaczął zupełnie inaczej patrzeć na świat i odkrywać go na nowo. Jak dziecko, które po raz pierwszy wychodzi na dwór i wszystko je dziwi i fascynuje. Pierwsze skojarzenie jakie miałem, z przemianą Paula w Przedrzeźniaczu to przemiana głównego bohatera z filmu Equilibrium kiedy to bohater po raz pierwszy "na trzeźwo" widzi wschód słońca i po raz pierwszy czuje.

Książkę polecam każdemu, niezależnie od tego jaki rodzaj literatury preferujesz na codzień. Przedrzeźniacz mimo robotów nie jest po prostu kolejną książką SF a bardzo ciekawą rozprawą na temat ludzkiej przyszłości. Czy tak się właśnie skończy świat; nie hukiem lecz skomleniem?

piątek, 30 października 2015

Recenzja: Wywiad z Wampirem - Anne Rice

Niedawno obejrzałem "głupią chińską bajkę"(jap. anime) Shiki, opowiadającą historię małego miasteczka do którego pewnego dnia sprowadzają się wampiry. Poczytalnik nie jest "obejrzalnikiem"(bo to głupia nazwa) więc nie będę tego recenzował, powiem tylko, że temat bardzo mi się spodobał i miałem ochotę na przeczytanie czegoś o wampirach właśnie. Po zrobieniu szybkiego researchu wyszło mi, że zacznę od Wywiadu z Wampirem Anne Rice.

Od razu zaznaczę, że nie widziałem filmu, więc nie umiem odpowiedzieć na pytanie który z książkowych wampirów do Brad Pitt. Co ważniejsze, zupełnie  nie wiedziałem czego się spodziewać. Nie chciałem "wesołej rozpierduchy" w stylu Blade: Wieczny łowca, ani romansidła w stylu sagi Zmierzch. Nieśmiało liczyłem na książkę o historii wampirów, o tym, jak to Kain po zabiciu Abla został napiętnowany i nie mógł umrzeć i został pierwszym Wampirem. Albo opisu tego czym jest prawdziwy wampirzy GŁÓD. Albo ciekawych rozważań o tym, że bycie wampirem nie oznacza, że jesteś potworem, zarówno w sensie metaforycznym jak i dosłownym.

Niestety dostałem książkę dla zakochanym nastolatek. Wywiad z Wampirem opowiada historię Luisa Point du Laca, XVIII wiecznego panicza z Nowego Orleanu, który pewnej nocy zostaje zamieniony w wampira przez Lestata, a następnie przez 400 stron przeżywa ból istnienia. Nie ma ciekawych opisów wampirzych zdolności, bo sam Luis nie za bardzo je zna. Nie ma wampirzej historii powstania, bo jej również nie zna. Nie ma opisów wampirzego postrzegania rzeczywistości.

Jest za to Luis, który gardzi swoją egzystencją, przeżywając, że do końca świata będzie odrażającą(w sensie moralnym) kreaturą. Zupełnie nie rozumiem jego motywacji. Z jednej strony udaje się na wycieczkę po Europie, żeby poznać inne wampiry, dowiedzieć się jak żyją i odpowiedzieć na pytania, które nurtuje chyba każdego: kim jestem, skąd pochodzę, dokąd zmierzam? Z drugiej strony, jeśli nie chce być potworem i w zasadzie na każdym kroku podkreśla swoją pogardę do wampirzej rasy to czemu po prostu się nie zabije? Książka tak naprawdę, opowiada o XVIII wiecznym Nowym Orleanie i Paryżu a nie o problemach współczesnych wampirów, a na to przede wszystkim liczyłem.

A w ogóle(dygresja!), to  chcę być wampirem. Myślałem o tym dość dużo i po przeanalizowaniu różnych za i przeciw wyszło mi, ze jestem gotów poświęcić światło dzienne i ból związany z przemijaniem osób dla mnie ważnych na rzecz nieśmiertelności i picia krwi. To nie jest jakaś tam fanaberia, tylko naprawdę rozważałem takie problemy jak skąd brać hajs, jak robić zakupy, jak żyć we współczesnym społeczeństwie. I, koniec końców, tak; gdyby była taka możliwość to jestem za.

Podsumowując książka raczej dla romantyków i generalnie nie polecam. Nie wiem czy będę w stanie przekonać się do kolejnych części sagi o Lestacie, a naprawdę przed lekturą Wywiadu... miałem ochotę mieć i przeczytać je wszystkie. Słabizna.

niedziela, 25 października 2015

Recenzja: Hobbit - J.R.R Tolkien

Stało się to, co stać się musiało. Ten dzień przepowiedział Nostradamus, kalendarz Azteków oraz wróżbita Maciej. Po ponad piętnastu latach wróciłem do Hobbita - książki, której jako nastoletnie dziecko nie udało mi się skończyć, a której znajomość wymagana jest w różnych zakątkach fandomu. Możnaby powiedzieć, że "nie wypada nie znać".

Najpierw sprawa organizacyjna: z tego co wiem kluczowe w odbiorze twórczości Tolkiena jest tłumaczenie, oczywiście przy założeniu, że nie czytamy w oryginale. Wybrałem tłumaczenie Pani Skibniewskiej głównie dlatego, że, zgodnie informacjami, które znalazłem w necie, świetnie przełożyła Tolkienową Trylogię. Wniosek: na pewno poradziła sobie z Hobbitem.

Fabuła Hobbita to taka zżyna z Odyseji Hommera. Opowiada o Bilbo Bagginsie z Bag End, który wyrusza wraz z trzynastoma krasnoludami w wyprawę życia. Na Wyprawę składa się kilka istotnych elementów. Jest Złoto, czyli nazwijmy to "marchewka", główna nagroda a udział w wyprawie; jest Smok - czyli główny Boss do pokonania na końcu całego przedsięwzięcia; są też Przygody - to takie questy poboczne, które będą miały miejsce po drodze do Celu(Państwo, którzy są tu pierwszy raz niech wiedzą, że jak jest z wielkiej litery to jest ważne, ale może zawierać spoilery).

Bardzo podoba mi się struktura całej książki, przypomina bajkę, którą można opowiadać przed snem. Każdy rozdział jest dość krótki i bardzo często zawiera jedną historię: a to Bilbo walczy z Trollami, a to zdobywa pierścień, a to walczy z Goblinami itd. Takie właśnie historie dla dzieci przed snem. W zasadzie to takie połączenie bajki na dobranoc z serialem - każdy odcinek(rozdział) jest trochę o czym innym, ale wszystkie je łączą bohaterowi, i wspólne dążenie do Celu.

Co mi się nie podoba? W zasadzie przeszkadzały mi dwie rzeczy. Pierwsza to momentami zbyt szczegółowe opisy. Z rozeznania wiem, że to jeszcze nic w porównaniu z Trylogią czy Silmarillionem nie mniej trochę męczyło. Nie zrozumcie mnie źle, ja sobie doskonale zdaję sprawę z czego te opisy wynikają. Hobbit został napisany w 1937 roku, i należy oddać sprawiedliwość, że Pan Tolkien w swoich książkach wymyślił kawałek świata, ras i zależności między nimi, z których po dziś dzień autorzy lubią zżynać. To, że dziś stereotypowy Krasnolud to karzeł z długą brodą, który uwielbia złoto i mieszka w kopalniach wynika z prozy Tolkiena. To że mi się taki opis dłuży wynika z tego, ten Tolkienowski stereotypowy Krasnolud wszedł już do popkultury i wiem jak on powinien wyglądać. W 1937 roku, nie było to oczywiste.

Druga rzecz, która mi przeszkadzała, to dość częste dialogi z czytelnikiem. O ile w przypadku form literackich takich jak artykuł czy notka na blogu takie "przełamywanie czwartej ściany" mi zupełnie nie przeszkadza, to w przypadku powieści psuło mi jej odbiór. Zamiast zanurzyć się bez pamięci w Świecie, Autor notorycznie przypominał mi, że to tylko książka pytając czy wiem czym jest Hobbit, albo czy pamiętam takie czy inne zdarzenie z fabuły. I po co tak?

Hobbita polecam tym, którzy go jeszcze nie czytali, ale nie jako jakiś absolutny "must-read" tylko raczej jako próbę zmierzenia się z tzw. klasykiem i wyrobienie sobie własnego zdania. Dla mnie osobiście książka była dość przeciętna, choć momentami mnie zaskoczyła - np. zabieg na samym końcu książki, gdzie zamiast opisu Bitwy Pięciu Armii autor stwierdza, że Hobbit dostał kamieniem w głowę i obudził się już po. Zastanawiam się... jak z takiego dwustronicowego opisu zrobili dwu i pół godzinny film?

niedziela, 18 października 2015

Recenzja: Opowieści z meekhańskiego pogranicza: Północ - Południe - Robert M. Wegner


    Książki Wegnera zdążyli polecić już chyba wszyscy, a z tyłu okładki ładnie prezentuje się lista kilkunastu nagród, które Autor zdobył za swoją twórczość. Poczytalnik oczywiście jako nonkonformista, nie będzie czytał książek tylko dlatego, że są dobre. Co to, to nie, panie Autorze! Pomimo tego, że książkę kupiłem wiele miesięcy temu, musiałem ją najpierw wyhodować na półce. Czy warto było czekać?

    Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ - Południe to zbiór 8 opowiadań podzielonych, zgodnie z podtytułem książki na dwie części - połowa z nich dziej się na północnej, połowa na południowej granicy Meekhańskiego Imperium. Obie części nie są w zasadzie powiązane, mają różnych bohaterów, co powoduje że opisują zupełnie różne problemy.

    Część Północna zaczyna się jakby miała być przygodową opowieścią o oddziale armii i typowych dla armii problemach: pójść i komuś spuścić łomot. Czasem dostać jakiś rozkaz, który trzeba będzie złamać, bo wydał go głupi dowódca. Czasem samemu dostać łomot. Ot takie standardowe żołnierskie tematy.

    Nic bardziej mylnego; z czterech opowiadań tylko jedno tak naprawdę dotyczy walki jako takiej, ale nie jest to walka współczesna wydarzeniom w książce, a przedstawiona jest jako wspominki jednego z bohaterów. Swoją drogą właśnie to "wspominkowe" opowiadanie przyniosło Autorowi nagrodę Zajdla w 2013 roku. I jeśli mam być szczery podobało mi się najmniej, chyba jeszcze nie dorosłem do czytania opisów bitew. Pozostałe trzy opowiadania w tej części są naprawdę godne polecenia, jedno z nich dotyczy dyplomacji, drugie to zagadka detektywistyczna w małej wiosce, a trzecie dotyczy poszukiwań pewnego plemienia.

    Część południowa to zupełnie nowy bohater - wojownik z plemienia, które nigdy nie pokazuje twarzy obcym. A jeśli już ją ktoś zobaczy, musi umrzeć. O tym(i o walkach bogów) w takim telegraficznym skrócie są cztery opowiadania, które jak mniemam mają być przedstawieniem bohatera i wstępem do jakiejś większej całości. Nie zapominajmy, że im dalej w Wegnera tym mniej opowiadań, a więcej powieści - trzeci i czwarty tom meekhańskiej sagi jak podejrzewam łączą ze sobą wątki z pierwszych dwóch tomów.

    Warto też napisać, że Wegner w swoich opowiadaniach się nie patyczkuje i jeśli ktoś ma zginąć to ginie, a jeśli ma zostać pobity to zostaje pobity i nie zawsze dobro zwycięża. Czasem źle się dzieje tym, którzy nie mogą się bronić - opóźnionym umysłowo dzieciom, albo niemowlakom zabitym przez oszalałą matkę, więzioną w piwnicy brodząc po kolana w gównie. Życie to nie bajka.

    Przyczyną moich potencjalnych problemów w odbiorze tej książki była fala upałów która nawiedziła Polskę w te wakacje. Zmęczony mózg myślał tylko o chłodzie, a nie o fabule, co na pewno odbiło się na finalnym "jaraniu się" książką. To nie jest tak, że ta książka jest zła, o nie! Jest dobra, nawet bardzo, ale liczyłem na książkę wybitną(smutna buzia). Nie mniej bardzo polecam. 

    Do zobaczenia na wschodniej granicy Meekhanu!

    niedziela, 11 października 2015

    Recenzja: Dopóki nie zgasną gwiazdy - Piotr Patykiewicz

    Ostatnio jakby dużo czytam, może nawet za dużo? Złapałem się na tym, że po kilku tygodniach od lektury zupełnie nie pamiętam o czym była dana książka. Albo mieszają mi się w jedną historię wątki i postaci z różnych książek. Być może to wynika z tego, że ostatnio czytałem głównie wielowątkowe cegły z niebanalną fabułą, mnogością bohaterów i ich intryg. A może po prostu mózg się przemęczył? Jako lekarstwo na to przemęczenie postanowiłem wybrać pozycję lżejszą, krótszą, ale z nasłuchu wyszło że nadal trzymającą przyzwoity poziom. Tak właśnie trafiłem na Dopóki nie zgasną gwiazdy Piotra Patykiewicza.

    Książka zapowiada się dość ciekawie: ma być survivalowo po jakiejś formie Zagłady(nazwanej tu Upadkiem), ale bez motywu inwazji zombie. A to dobrze, bo zombie moim zdaniem lepiej nadają się na książkę z cyklu "wesoła rozpierducha" a nie "studium ludzkich zachowań". Tyle dowiedziałem się z internetu.

    Niestety na dobrym "się zapowiadaniu" książki się skończyło. Ta książka jest niesamowicie nudna. Nie wiem, może nie jestem targetem, może to książka przeznaczona dla gimnazjalistów, którzy po raz pierwszy mają przeczytać coś co nie jest obowiązkową lekturą szkolną. Mi w każdym razie zupełnie nie podeszła.

    Mam wrażenie, że autor niebardzo wiedział o czym chciał napisać więc mieszał ze sobą różne niepowiązane wątki licząc, że wyjdzie z tego coś dobrego. Trochę tak jak w jednym z odcinków Atomówek: bohaterki chciały stworzyć sobie siostrę. W tym celu robiły miksturę, do której wrzucały różne randomowe rzeczy. Wyszło coś jak na zdjęciu obok. Z jednej strony mamy dość szczegółowy podręcznik dotyczący życia Eskimosów, polowania na foki, szczury i robienia futer. Wynika to z tego, że po Upadku nastąpiła wieczna zima, ergo Eskimosi, survival, szczury, foki i niedźwiedzie.

    Z drugiej strony mamy do czynienia z Końcem Świata, Lucyferem i walką ze Świetlikami - Jego dziećmi/pomiotami. Na pierwszy rzut oka Tajemnica związana z przyczynami i skutkami Końca Świata wydawała się bardzo ciekawa i nie mogłem się doczekać jej rozwiązania. Niestety się nie doczekałem... Autor w zasadzie przez cały podsyca tajemniczość, ale nigdy tak naprawdę nie dowiadujemy się jakie były faktyczne przyczyny zdarzeń opisanych w książce. Do tej pory nie wiem czy "Lucyfer" jest jakąś kosmiczną cywilizacją, mutantem popromiennym, atakiem atomowym czy tak jakąś mistyczną siłą, której bliżej do biblijnego Lucyfera? Oczywiście można się spierać, że to nie istotne, bo przecież ważne są konsekwencje Upadku, i to jak ludzie radzili sobie w trudnych warunkach, a nie przyczyny... Tylko, że ja mam tak, że jestem dociekliwy i lubię wiedzieć o czym czytam. Jeśli autor przez 400 stron buduje tajemnicę, z której nic na końcu nie wynika to ja się czuję oszukany. Nie pomaga nawet to, że na ostatnich 50 stronach akcja się naprawdę fajnie rozwija i rozkręca, tylko, że 50 stron to trochę za mało. Szczególnie, że mam wrażenie, że autor bardzo przyspieszał akcję tylko po to aby zamknąć książkę w 400 stronach.

    Z powyższego opisu jasno chyba wynika że książka mi się nie podobała. Dodam tylko, że główny bohater zupełnie do mnie nie przemawia, co oddajmy sprawiedliwość, wynika z jego wieku - ma szesnaście lat i właśnie wchodzi w dorosłość... To niestety(smutna buzia) nie jestem ja i nie potrafię się do tego za bardzo odnieść. Zastanawiam się komu mógłbym polecić tę książkę... Nie jest to książka najgorsza, po prostu zupełnie nie trafia w moje gusta. Mimo, że lubię książki lekkie i łatwe w odbiorze to tej generalnie jej nie polecam. Nie mniej myślę, że jeśli masz -naście lat, lub chciałbyś spróbować "delikatnego post-apo" to warto jej dać szansę, a potem ocenić na co najwyżej 4/10.

    środa, 7 października 2015

    Recenzja: Szósty Patrol - Sergiej Łukjanienko

    Już trzeci raz zbieram się do napisania recenzji Szóstego Patrolu ostatniej książki Siergieja Łukjanienki i to nie tylko dlatego, że brakuje mi weny. Przede wszystkim trudno jest się przed samym sobą przyznać, że jeden z moich ulubionych pisarzy napisał słabą książkę. Szósty Patrol to kolejna(kto zgadnie która? dla ułatwienia, nie piąta ale i nie siódma) książka z cyklu o Patrolach - zbiurokratyzowanych siłach Dobra i Zła, które codziennie walczą o zachowanie równowagi między sobą. Póki co nic się nie zmieniło pisałem o tym jakiś czas temu przy okazji recenzji Nocnego i Nowego Patrolu.

    Co zatem nowego? W zasadzie nic... W Moskwie pewien wampir poluje na ludzi. Ataki są o tyle ciekawe, że ofiary nie są ze sobą w żaden sposób powiązane - atakowani są starzy, młodzi, kobiety, mężczyźni. Jest w tym jednak pewna logika. O ataki podejrzana jest wampirzyca z pierwszej części cyklu. która została ubezcieleśniona i odesłana w Zmrok; więc nie powinna istnieć. A może jednak istnieje?

    Tak to, w każdym razie, pamiętam po prawie 3 miesiącach od przeczytania. Szczerze mówiąc, to z całości zapamiętałem raczej jakieś niewielkie fragmenty: że jest wampir; albo, że córka Antona weszła w wiek nastoletni, co jest przyczyną nowych problemów w relacji ojciec - córka. Całości niestety nie pamiętam, a to niedobrze.

    Najbardziej z całej książki pamiętam zakończenie, które chyba sugeruje koniec cyklu. I okej nie ma w tym nic złego, nawet to chyba lepiej, że Autorowi udało się w miarę sensownie zakończyć różne wątki, zamiast robić tworzyć wielotomową sagę nastawioną tylko na zarabianie pieniędzy.

    W Szóstym Patrolu brakuje mi tego za co absolutnie uwielbiam Nocny Patrol: takiej aury rosyjskości. Picia herbaty ze szklanek w koszyczkach, jeżdżenia Żiguli i tego jak Anton mówi z wyższością o wakacjach na południu Rosji nad ciepłym morzem; mimo, ze może podróżować po całym Świecie. Ja naprawdę rozumiem, że zarówno Rosja jak i Polska czy cały Świat się zmieniły przez ostatnie lata - mamy dostęp do smartfonów, a dzięki nim do całej wiedzy świata wpisanej w internet; że możemy pojechać gdzie chcemy kiedy chcemy. Ale właśnie ta Patrolowa rosyjskość odróżniała książki Łukjanienki od setek podobnych książek urbanfantasy. Bo teraz mamy do czynienia z Autorem, który, być może nieświadomie, kopiuje styl zachodnich pisarzy. A to trochę kłóci mi się z moją, wyimaginowaną z resztą, wizją Rosji.

    Książkę polecam w zasadzie wyłącznie osobom które przeczytały pierwsze części i chcą zobaczyć, jak całość się skończy. Jeśli lubisz urbanfantasy, to może lepiej Nigdziebądź Gaimana? Albo choćby Ciemność Płonie Ćwieka? A jeśli już Patrole(co bardzo popieram) to chyba lepiej przeczytać po raz kolejny pierwszą część, niż męczyć się z ostatnią.