czwartek, 11 grudnia 2014

Recenzja: Gambit - Michał Cholewa

"War. War never changes" tak głosi pierwsze zdanie w intrze do gry Fallout 2. I o tym właśnie jest książka Michała Cholewy.

Na Gambit trafiłem zupełnym przypadkiem. Podczas wyprawy po nowe książki do empiku zobaczyłem okładkę Forty innej książki Cholewy, kupiłem oceniając po okładce. Niestety dopiero w domu sprawdziłem, że jest to trzecia część cyklu, a jako że, chciałem przeczytać Fortę ale tak od środka to nie wypada, więc następnego dnia pojechałem do empiku i kupiłem w ciemno pierwsze dwie części serii.

I, cholera, nie żałuję! Jeśli lubisz takie filmy jak Szeregowiec Ryan, lub serial Kompania Braci i nie odstrasza Cię to, że przedstawiona wojna nigdy się nie wydarzyła. To jest to książka dla Ciebie.

Gambit to książka science-fiction poświęcona dziejącemu się w XXIII wieku konfliktowi zbrojnemu. Co ciekawe, zwykle, przynajmniej w filmie, konflikty przyszłości przedstawiane są w sposób następujący: oto ludzie wyzbyli się nienawiści i nauczyli żyć bez wojen. Wtem! Źli obcy/roboty/sztuczne inteligencje buntują się i atakują ludzkość. Zjednoczeni ludzie, pod dowództwem Amerykanów walczą przeciw wszystkim. Na szczęście u Cholewy wygląda to zupełnie inaczej.

Po pierwsze ludzie walczą z innymi ludźmi. Są trzy strony konfliktu: Stany Zjednoczone(wiadomo), Imperium Chińskie, i Unia Europejska. Głównym bohaterem jest 40 Regiment Unii Europejskiej, a nie jak jesteśmy przyzwyczajeni z kina sztampowy "pułk kolonialnych Marines" z USA. Po drugie to nie jest tak, że konflikt dopiero się rozpoczyna. O nie! Żołnierze walczą od wielu lat na froncie. Po trzecie i najważniejsze walka nie dzieje się przy użyciu HiTechowych sztucznych inteligencji. Te odegrały znaczącą rolę w zniszczeniu ludzkich kolonii i poniekąd są czwartą stroną konfliktu.

Po czwarte i moim zdaniem najciekawsze: nie ma jednego bohatera. Książka opowiada historię jednej z akcji 40 Regimentu. Bohater zmienia się w zależności od skali wydarzeń. Kiedy na patrol wyruszają poszczególne drużyny, a cała akcja dzieje się na poziomi plutonu bohaterami są poszczególni szeregowcy(w szczególności Polak, szeregowy Marcin Wierzbicki!) i ich problemy i dylematy wojenne. Przede wszystkim jednak to, że żołnierz nie musi wiedzieć wszystkiego, żołnierz ma wykonywać rozkazy a nie się zastanawiać. Nie zrozumcie mnie źle, nie mówię, że żołnierze to matoły które bezmyślnie wykonują polecenia. Chodzi mi jedynie o to, że w sytuacji kryzysowej żołnierz nie może podważać sensu wydanego rozkazu. Ja pewnie na wojnie za dużo bym rozkminiał, przez co pewnie by mnie od razu zabili.

Kiedy akcja przenosi się na wyższy pułap(dosłownie i w przenośni) bohaterami stają się dowódcy statków kosmicznych i ich problemy(zarządzanie flotą, surowcami, itd). I to jest właśnie kluczem do zajebistości(powiedziałem to!) tej książki.

W powyższych akapitach zdradziłem dość dużo z fabuły, czego zwykle nie robię, bo uważam, że za spoilery powinno się trafiać co najmniej do piekła. Nie mniej w tym wypadku fabuła nie ma tak naprawdę większego znaczenia. Ot, opisana jest jedna z wielu akcji na wojnie, ale ma być ona jedynie tłem do dokładnego opisu działania machiny wojennej i przede wszystkim emocji żołnierzy. Mówi się zarówno o momentach chwały, podczas których Dawid wygrywa z Goliatem. Ale też o podejmowaniu trudnych decyzji, dylematach i poświęceniu. Czy poświęciłbyś życie 10 osób aby uratować 100? A co jeśli ta 10 to Twoi kompani na wojnie? Czytając niektóre fragmenty spadało lub podnosiło się moje morale, zupełnie jakbym był tam z nimi i walczył. Tak naprawdę w imię czego?

Jeśli chodzi o styl, to była to pierwsza książka tego typu jaką przeczytałem w życiu, więc męczyło mnie trochę sprawdzanie w internetach jak wygląda struktura armii(wiadomo, że szeregowiec najniżej, ale czy wyżej jest Kapitan, Major czy jakiś Pułkownik?) a to ma znaczenie od poprawnego odebrania sensu książki. Natomiast im dalej w las, tym jakby łatwiej i szybciej mi się czytało... przyzwyczajałem się. To w zasadzie jedyny zarzut jaki mam.

Coś czego nie lubię to bezsensowne używanie słów które nic nie znaczą w książkach SF. Wszystko musi być "kwantowe", "soniczne" lub "hiperboliczne". Nawet jeśli te słowa w danym kontekście nie mają sensu, to autorzy SF lubią ich nadużywać. Zamiast podnosić realizm opisów, powodują, że nie da się tego czytać. Jak u Kossakowskiej w Rudej SforzeU Cholewy tego nie ma, lub nie razi to aż tak bardzo. Moim zdaniem wynika to z tego, że Gambit to książka której "since-fikcyjność" jest negocjowalna. Równie dobrze mogła by się dziać w realiach II Wojny Światowej. Kluczowe są relacje między postaciami i wojna sama w sobie, a nie opisy użytej technologii.

Co do II Wojny Światowej, to bardzo podobał mi się fakt, nawiązań bo prawdziwych bitew i faktów z II WŚ. W szczególności, w Armii Amerykańskiej mamy do czynienia z pułkami "Currahee", "Bastogne", oraz jest bezpośrednie nawiązanie do operacji "Market Garden". Do tego pojawia się legendarna 101 dywizja powietrznodesantowa z kompaniami Able, Baker, Charlie, Dog i Easy(dokładnie tak jak w II WŚ w Armii Amerykańskiej). Dbałość o szczegóły. To lubię.

Gambit to bardzo trudna książka o poświęceniu i o tym, że na wojnie czasem wykonujesz rozkazy z którymi się nie zgadzasz. A czasem wydajesz rozkazy, których wydawać nie chcesz, ale są jedynym wyjściem, które pozwoli zakończyć daną misję sukcesem. Wojna to piekło. Żołnierze obu stron tak naprawdę nie różnią się od siebie. Po prostu chcą przeżyć. I wrócić do domu. To prawdziwy cel każdej misji.

Zdecydowanie polecam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz