poniedziałek, 9 marca 2015

Recenzja: Wojna w Blasku Dnia - Peter V. Brett

To znów ta pora roku. Po noworocznym szaleństwie, setkach już niedotrzymanych postanowień wracamy do codzienności. U mnie ta codzienność jest pod znakiem domykania tematów z poprzedniego roku: oglądam zaległe filmy, gram w zaległe gry, czytam zaległe książki. Postanowiłem doczytać przerwane w zeszłym roku serie. Na pierwszy ogień postanowiłem dokończyć cykl demoniczny Petera V. Bretta.

Z Brettem moja przygoda wygląda następująco: dostałem w łapki Malowanego Człowieka i absolutnie się zachwyciłem. Mimo internetowych głosów o miałkości Brettowej fabuły przeczytałem i do tej pory rozgłaszam pogląd, że to jedna z ciekawszych pozycji fantasy jakie zdarzyło mi się czytać.

Po kapitalnej części pierwszej wziąłem się od razu za drugi tom sagi. Z perspektywy czasu był gorszy od pierwszej części, co nie znaczy, że był zły. Rozwijał pewne wątki, nazwijmy to poboczne, próbując wprowadzić potencjalnego, alternatywnego głównego bohatera. Książka mi się podobała, jednak nie na tyle abym od razu sięgnął po trzecią, ostatnią póki co część sagi. Potrzebowałem chwilę odpocząć, co zaskutkowało prawie półrocznym zastojem w temacie Brettowego czytania.

O zastoju i jego przyczynach będzie później. Najpierw rozwiążmy formalnie temat recenzji.

Odrazu odpowiadam, na najważniejsze pytanie: czy są momenty? Są! No dzieje się, że o matko bosko! Bałem się, że książka znów skupi się na opowiadaniu kolejnych historii postaci pobocznych, ich dzieciństwa, wychowania i generalnie wszystkiego co spowodowało, że znajdują się właśnie na tym a nie innym stanowisku. Na szczęście po kilku rozdziałach wspominkowych Brett posuwa fabułę do przodu. Jestem przeciwnikiem spoilowania czegokolwiek, ale litości to piąta i szósta książka cyklu, także muszę coś minimalnie chociaż zdradzić.

Na początku 3 tomu mamy do czynienia z dwoma obozami. Obóz pierwszy to ludzie dowodzeni przez Głównego Bohatera, obóz drugi to armia dowodzona przez Zdradziciela z drugiej części sagi. Obaj szykują się do przełomowego momentu w walce z demonami: walki w trakcie nowiu, kiedy na powierzchnię wyjdą książęta demonów, by dowodzić zjednoczoną armią zła. Brett pobieżnie opisuje demoniczną motywację, koncentrując się na opisach przygotowań i samej walki na linii ludzie - demony.

Ciekawym zabiegiem jest to, że w zasadzie w obu obozach przedstawione są niemal te same zdarzenia:

  • dowódcy rozumieją zagrożenie wynikające z nowiu, 
  • przygotowanie do walki, 
  • walka z demonami, 
  • pewien fortel(o którym nie napiszę bo spoiler)

Jednak wydarzenia te poznajemy z dwóch perspektyw i dwóch różnych sposobów zarządzania ludźmi. Dowiadujemy się jaki plan obaj bohaterowie mają na pokonanie demonów oraz w jaki sposób go realizują.

Tytuł sugeruje wojnę za dnia, a więc wojnę między armiami Głównego Bohatera, a Zdradziciela... w pewnym sensie walka się odbywa pod koniec drugiej części Wojny w Blasku Dnia, o czym również nie opowiem bo to spoiler. Na zachętę powiem, że czytając ostatnie rozdziały, poczułem zajawkę jak przy czytaniu Malowanego człowieka, a samo zakończenie czytałem dosłownie z zapartym tchem(oddam sprawiedliwość: byłem wtedy w busie, w którym jechał żul, ale na pewno gdyby nie jechał to też by mi zaparło dech w piersi).

Jeśli jeszcze nie znasz twórczości Bretta, to masz już 6 książek w plecy, a z końcem marca zapowiedziane są kolejne dwie w wersji angielskiej. Czyli nie było się czego bać, zamiast przestoju trzeba było o razu czytać książkę, bo naprawdę warto.

I tak dochodzimy do meritum całego posta, bo ta recenzja ma być tylko pretekstem do pewnej rozkminy, którą się chciałem podzielić. Mam pewien problem z poznawaniem "nowych-ale-znanych" rzeczy. I nie chodzi tu tylko o książki znanych mi autorów; z pewną rezerwą podchodzę też do nowych sezonów oglądanych przeze mnie seriali, czy kolejnych płyt ulubionych artystów. Jestem trochę jak dziewica przed pierwszym razem: "chciałaby, ale się boi". No bo co jeśli nowy sezon serialu okaże się strasznie słaby (hint: Dexter). Albo co jeśli płyta na którą czekałem kilka lat mi się nie spodoba (hint: wielu artystów, którzy na starość kompletnie zmienili styl muzyczny). No właśnie, od razu zakładam najgorszy możliwy scenariusz, czyli nowe musi znaczyć słabe. Często oczywiście okazuje się, że nie jest słabe... ale jednak trochę przymuszam się, żeby oglądać/słuchać/grać/czytać nowe rzeczy. Chyba najbardziej lubię to co już znam.

Co nie znaczy, że nigdy nie przeczytam danej książki, ot po prostu muszę ją "wyhodować". Kładę ją na półce i co klika dni patrzę czy już książka dorosła do faktu bycia przeczytaną, czy nie. I wierzcie lub nie, ale książka odłożona na pół roku, to nic w porównaniu z płytami, których nie słuchałem przez np rok(Systematic Chaos Dream Theater), czy serialami, które hodowałem 8 lat(Cowboy Bebop).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz