wtorek, 19 maja 2015

Książkowa rozkmina: Dlaczego nie pójdę na Targi Książki


Dziś notka trochę bardziej osobista. Od minionego weekendu narastała we mnie potrzeba napisania na temat Warszawskich Targów Książki. Miałem napisać, że były to najlepsze targi na których byłem. I że było super, poznałem masę ludzi, spotkałem się z autorami, kupiłem kilkanaście nowych książek.

Tylko, że prawie nic z tego co napisałem powyżej nie jest prawdą. Pierwsze mini-kłamstwo to: nie kupiłem żadnej książki, bo w tym miesiącu nie mam niestety na to hajsu. Szczęśliwie dla mojego portfela, co ciekawsze premiery dopiero w czerwcu. Także jeszcze będzie czas by kupować.

Po drugie nikogo nie poznałem, bo będąc członkiem nawet wirtualnych grup czytelniczych czuję, że tam nie pasuję i traktuję je jako agregaty "niusów", a nie forum wymiany myśli. Nie chodzi o to, że nie mamy wspólnych tematów, bo jako czytelnicy fantastyki pewnie moglibyśmy pogadać o wyższości jednej wizji świata nad inną. Tylko, że ja w tym wszystkim czuję pretensjonalność... no bo czyż nie jest pretensjonalne gadanie o elfach, krasnoludach czy innych pierdołach fantasy? Nie wyobrażam sobie próby przekonania fanów Ulissesa Jamesa Joyca(czy dowolnej innej, uznanej za klasykę, pozycji) do tego, że książeczki Tolkiena to ta sama półka?

Zasadniczo mam problem nie z fantasy jako takim, bo wtedy bym po prostu czytał inne gatunki. Nie przeszkadza mi też społeczność fanów fantasy(słowo fandom jakoś mi nie pasuje), bo każdy ma prawo jarać się czym chce. Przeszkadza mi trochę, dorabianie sztucznej ideologii, do czytanej literatury. Czy nam się to podoba czy nie fantasy, ma więcej wspólnego z bajkami dla dzieci niż z "poważną" literaturą. Mało tego, książki fantasy często nie są aż tak nowatorskie jak niektórzy ludzie lubią je przedstawiać - cytując pana Piotra Cholewę, tłumacza, "istnieje przecież tylko sześć historii i wszystkie już opowiedział Shakespeare". I ja sobie zdaję z tego sprawę... czytam dla fabuły, która w moim prostym i nie wyrobionym literacko mózgu może być zasadniczo "dobra" lub "zła". I nie dorabiam ideologii, że książki Tolkiena są parafrazą wydarzeń, które doprowadziły do wybuchu II Wojny Światowej.

Po trzecie nie przybiłem piątki  autorami, bo, jak to ja, zastanawiam się co miałbym takiemu autorowi powiedzieć? Siema, spoko książka? Takie rzeczy słyszał już pewnie milion razy. Więc moje powtórzenie nie wnosi nic nowego. Ja wiem, że książka jest spoko, i autor na pewno też wie, bo się sprzedała i 100mln ludzi mu powiedziało na spotkaniach autorskich, że jest spoko. Po co w tym wszystkim ja? Nie umiem sobie wyobrazić co ja jako fan mogę zaoferować autorowi poza lajkiem na fejsie i zakupieniem kolejnej książki. Nie mam talentów rękodzielniczych, żeby dać jakiś fajny prezent... np. wydziergać coś na szydle, uszyć czy namalować. Nie będę też radził, ej bo w ostatniej książce to za mało było o smokach, bo z doświadczenia wiem, że nic tak bardzo nie wkurwia jak niezwiązani z robotą ludzie, którzy chcą Ci radzić. Nie prowadzę też na tyle popularnego bloga, żeby moje "zajebista książka" znacząco autora podbudowały.

Ostatnie kłamstwo, to moja obecność na targach. Nie byłem ani na ostatnich Warszawskich Targach Książki, ani w zasadzie na żadnych innych. Na konwentach fantasy też nie byłem. Ani na Woodstocku. Ani na "nocy muzeów". Ani na Pielgrzymce na Jasną Górę... chociaż to z powodu różnic ideowych. Nie lubię imprez masowych; przerażają mnie duże ilości ludzi. Raz w życiu bylem na Targach Mieszkaniowych i po 5 minutach miałem niemalże atak paniki. Było za dużo osób w jednym miejscu i ci wszyscy ludzie ewidentnie wiedzą po co tam przyszli. Czuli się jak ryba w wodzie. Tu podejść, zagadać wypełnić ankietkę, poflirtować z hostessą... coś tam. A w tym wszystkim ja - biedny przestraszony mały chłopiec, który przyszedł załatwić konkretną sprawę... w tym przypadku dowiedzieć się o cenę jednego, konkretnego mieszkania. Mogłem to pewnie mógłbym załatwić w 5 minut przez telefon, lub szybkim mailem. Bez sensu. Jednak udało się; przeżyłem i załatwiłem sprawę - okazało się, że mnie nie stać.

My point is: zupełnie nie jestem targetem targów książki, chociaż rozumiem ich potrzebę. Nie jestem osobą "z branży", która potrzebuje zdobywać kontakty biznesowe do wydawnictw i autorów. Nie jestem dziennikarzem, którego misją jest przedstawianie "niusów" ze świata kultury. Nie jestem psychofanem rzucającym bielizną w twórców. Nie jestem też na tyle bogaty, żeby się obkupić na ile bym chciał. Nie widzę po prostu powodu dla którego miałbym się tam znaleźć. Nie znaczy to oczywiście, że jestem przeciwnikiem targów jako takich. Fajnie, że jest impreza na której, jeśli ktoś chce, może pójść i z pierwszej ręki dowiedzieć się co w wydawnictwie piszczy.

Pomimo jakiejś tam zajawki na prowadzenie bloga o książkach(nie mylić z byciem bloggerem) olałem dość dużą imprezę "branżową" i czuję się w obowiązku z tego wyspowiadać.
Amen.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz