niedziela, 25 października 2015

Recenzja: Hobbit - J.R.R Tolkien

Stało się to, co stać się musiało. Ten dzień przepowiedział Nostradamus, kalendarz Azteków oraz wróżbita Maciej. Po ponad piętnastu latach wróciłem do Hobbita - książki, której jako nastoletnie dziecko nie udało mi się skończyć, a której znajomość wymagana jest w różnych zakątkach fandomu. Możnaby powiedzieć, że "nie wypada nie znać".

Najpierw sprawa organizacyjna: z tego co wiem kluczowe w odbiorze twórczości Tolkiena jest tłumaczenie, oczywiście przy założeniu, że nie czytamy w oryginale. Wybrałem tłumaczenie Pani Skibniewskiej głównie dlatego, że, zgodnie informacjami, które znalazłem w necie, świetnie przełożyła Tolkienową Trylogię. Wniosek: na pewno poradziła sobie z Hobbitem.

Fabuła Hobbita to taka zżyna z Odyseji Hommera. Opowiada o Bilbo Bagginsie z Bag End, który wyrusza wraz z trzynastoma krasnoludami w wyprawę życia. Na Wyprawę składa się kilka istotnych elementów. Jest Złoto, czyli nazwijmy to "marchewka", główna nagroda a udział w wyprawie; jest Smok - czyli główny Boss do pokonania na końcu całego przedsięwzięcia; są też Przygody - to takie questy poboczne, które będą miały miejsce po drodze do Celu(Państwo, którzy są tu pierwszy raz niech wiedzą, że jak jest z wielkiej litery to jest ważne, ale może zawierać spoilery).

Bardzo podoba mi się struktura całej książki, przypomina bajkę, którą można opowiadać przed snem. Każdy rozdział jest dość krótki i bardzo często zawiera jedną historię: a to Bilbo walczy z Trollami, a to zdobywa pierścień, a to walczy z Goblinami itd. Takie właśnie historie dla dzieci przed snem. W zasadzie to takie połączenie bajki na dobranoc z serialem - każdy odcinek(rozdział) jest trochę o czym innym, ale wszystkie je łączą bohaterowi, i wspólne dążenie do Celu.

Co mi się nie podoba? W zasadzie przeszkadzały mi dwie rzeczy. Pierwsza to momentami zbyt szczegółowe opisy. Z rozeznania wiem, że to jeszcze nic w porównaniu z Trylogią czy Silmarillionem nie mniej trochę męczyło. Nie zrozumcie mnie źle, ja sobie doskonale zdaję sprawę z czego te opisy wynikają. Hobbit został napisany w 1937 roku, i należy oddać sprawiedliwość, że Pan Tolkien w swoich książkach wymyślił kawałek świata, ras i zależności między nimi, z których po dziś dzień autorzy lubią zżynać. To, że dziś stereotypowy Krasnolud to karzeł z długą brodą, który uwielbia złoto i mieszka w kopalniach wynika z prozy Tolkiena. To że mi się taki opis dłuży wynika z tego, ten Tolkienowski stereotypowy Krasnolud wszedł już do popkultury i wiem jak on powinien wyglądać. W 1937 roku, nie było to oczywiste.

Druga rzecz, która mi przeszkadzała, to dość częste dialogi z czytelnikiem. O ile w przypadku form literackich takich jak artykuł czy notka na blogu takie "przełamywanie czwartej ściany" mi zupełnie nie przeszkadza, to w przypadku powieści psuło mi jej odbiór. Zamiast zanurzyć się bez pamięci w Świecie, Autor notorycznie przypominał mi, że to tylko książka pytając czy wiem czym jest Hobbit, albo czy pamiętam takie czy inne zdarzenie z fabuły. I po co tak?

Hobbita polecam tym, którzy go jeszcze nie czytali, ale nie jako jakiś absolutny "must-read" tylko raczej jako próbę zmierzenia się z tzw. klasykiem i wyrobienie sobie własnego zdania. Dla mnie osobiście książka była dość przeciętna, choć momentami mnie zaskoczyła - np. zabieg na samym końcu książki, gdzie zamiast opisu Bitwy Pięciu Armii autor stwierdza, że Hobbit dostał kamieniem w głowę i obudził się już po. Zastanawiam się... jak z takiego dwustronicowego opisu zrobili dwu i pół godzinny film?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz